po niedzielny bełkot telewizora nawet już nie ciekawi jak dotychczas, rzygać się chce patrząc na szczęśliwe z pozoru twarze, przepełnione pustką oczy...nie chce się wyjść na zewnątrz. nic się nie chce. no może jedynie spać. nuda i monotonia, szarość i smutek, wszystko idzie w parze. nawet nieszczęścia. tak, one lubią chodzić parami.
optymistycznie patrząc, można by rzec ze prawie wszystko jest okej, ale ja nie jestem optymistką. wszystko się pierdoli. marnuje swoje życie pijąc piąte z kolei piwo w jakiejś brudnej śmierdzącej, spelunie do której każda małolata idzie się opić bo tam sprzedają bez dowodu. w sumie sprzedawali, bo od czasu kiedy policja postraszyła szefa utratą koncesji,(co w tym przypadku jest jednoznaczne z utratą większości dochodów) sprawdzają dowód tylko jak kamera jest włączona albo jak kogoś nie lubią bądź nie znają. i cóż począć kiedy piwo się skończy, papieros dopali do napisu, i zrobi się ciemno? chciałoby się iść do domu ale zaraz przychodzi myśl ze jednak nie bo tam jeszcze gorzej, może nie bardzo źle ale gorzej. ciągłe zawracanie dupy, tu ktoś płacze bo ktoś umiera, tu ktoś się drze bo ma problemy z własnym poczuciem wartości...
nie dadzą człowiekowi spokoju, a człowiek tylko tego chce. nawet łóżko jest niewygodne. chcesz się wyspać raz w życiu ale się nie da, bo wstajesz z bólem kręgosłupa. i jak tu myśleć pozytywnie kiedy nawet przez sen coś cie boli i uwiera?
w horoskopie kiedyś wyczytałam ze mam skłonności do nałogów, depresji, załamań nerwowych i tendencje do tycia. i sprawdza się. wszystko się sprawdza.
jestem nudna, nieciekawa i nie mam charakteru. no i dobrze, lepiej nie mieć charakteru nic mieć taki który chce się zmienić...
za dużo myśli mam w głowie. przypomina to kolorową plastelinę. mieszasz czerwony z niebieskim , dodajesz żółtego, zielonego, brązowego, czarnego i wychodzi jedna masa o beznadziejnym, smutnym kolorze.
Jestem taką plasteliną, lecz złożoną z wielu ładnych barw.
poniedziałek, 10 listopada 2008
piątek, 7 listopada 2008
(*)
Śmiechem małego dziecka
Życie zegna twą radość.
Mówiłeś zawsze z uśmiechem
Gdzie stolica, gdzie miasto
Ile piec razy cztery...
Każdy kiedyś odchodzi.
Smutkiem liter mogiła
Przeraża w samej myśli krótkiej.
Tak nagle...
Nie zdarzyłeś się pożegnać nawet!
Ból największy sprawia
Myśl ze to za wcześnie
I ze nic nie zrobię
Znów zawiodłam Boże.
Moja ignorancja
Mój egoizm, pycha
Teraz ściskają gardło.
Idzie się udusić, utopić.
I cóż mam zmienić?
Co poprawić?
Na czarną sukienkę zamienić kolory.
I zapomnieć?
Odjedź powoli, spokojnie.
Śpij, w ciszy się rozpłyń.
I przyjdź czasem, odwiedź...
Życie zegna twą radość.
Mówiłeś zawsze z uśmiechem
Gdzie stolica, gdzie miasto
Ile piec razy cztery...
Każdy kiedyś odchodzi.
Smutkiem liter mogiła
Przeraża w samej myśli krótkiej.
Tak nagle...
Nie zdarzyłeś się pożegnać nawet!
Ból największy sprawia
Myśl ze to za wcześnie
I ze nic nie zrobię
Znów zawiodłam Boże.
Moja ignorancja
Mój egoizm, pycha
Teraz ściskają gardło.
Idzie się udusić, utopić.
I cóż mam zmienić?
Co poprawić?
Na czarną sukienkę zamienić kolory.
I zapomnieć?
Odjedź powoli, spokojnie.
Śpij, w ciszy się rozpłyń.
I przyjdź czasem, odwiedź...
Subskrybuj:
Posty (Atom)