niedziela, 25 lipca 2010

O czwartej nad ranem

Gdy ze strachem w Twe oczy spoglądam,
nie straszne mi żadne burze,
i wichury cichną.
Nie ma wiatru.
Spokojna nostalgia
grzeje mnie w piersi.

Jestem cała Twoja,
po koniuszki palców...

Budzę się przed świtem
z męczących koszmarów,
myślę o Tobie.
Nie mogę już zasnąć.
Noc wydaje się być martwa
bez czułych objęć,

kiedy jestem cała Twoja,
po koniuszki palców...

Przepełnia mnie nadmiar
dziwnych uczuć i obawa,
że to o czym śnię
ma wymiar rzeczywisty,
że moje oddanie
nierówne jest twojemu.

Ja jestem cała Twoja.

I widzę twarz Twą
gdy zamykam oczy.
Dobrze Cię znów widzieć.
Spokojniej zasypiać
i łatwiej jest tęsknić,
o czwartej nad ranem

gdy jestem cała Twoja,
po koniuszki palców...

sobota, 17 lipca 2010

Chłam i miernota

Nie spadają gwiazdy.
Noc jest chyba za ciemna
by spełniać życzenia naiwnych.
Marzenia giną w mroku
nudnej prozy,
rozdeptane
przez opantoflowanych
ludzi dobrej woli.

Uroki życia
zastąpiono pornografią.
Sama w sobie
jest urokiem
zahipnotyzowanych
widzów wiadomości,
codziennych reklam chłamu.

Chłam i miernota.
Bieda i brud.

Rezygnacja tworzy system
omamionych ciał,
niezdolnych
żeby marzyć i dążyć,
chcieć.
Rezygnacja stwarza powody
do ustępstwa potrzeb.

Chłam i miernota.
Bieda i brud.

A drzewa
na zapałki przerobione by palić
nie szumią.
Plastikowe liście martwe
musiałyby wydawać
dźwięk okrutny uchu.

Więc milczą

chłam i miernota.

Milczą

bieda i brud.

czwartek, 8 lipca 2010

Sny o kochaniu

Miewam miłosne sny
o kochaniu Ciebie i mnie
i budzę się we śnie
i wzdycham: tylko Ty.

Miewam na jawie sny
marzenia o Tobie i mnie
i razem biegamy we śnie
gdzie pachną liliowe bzy.

Śnię w letniej nocy moc
i patrzę w oblicze Twe
jak księżyc tak jasne jest
czaruje swym blaskiem noc.

Aż czas przyszedł by zbudzić się
więc wstaję przywitać się z niebem
i widzę, widzę Ciebie
bo jesteś mym dniem i mym śnieniem.

sobota, 3 lipca 2010

Bez Ciebie zwijam się jak szczenię i skomlę.

Znów cierpię.

Zwijam się jak szczenię
i skomlę po cichu.
Jakby mi wstyd było
cierpieć.

Chciałabym być spokojna.
Nie jestem ideałem.
Mam zbyt wiele wad
żeby śmiać się, nie krzyczeć.
Mam zbyt wiele wad
żeby nie bać się samotności.

Jestem raną otwartą
na ciele świata.
Może ranna jestem sama,
okaleczona,
pozbawiona radości.

Bez Ciebie
zwijam się jak szczenię
i skomlę po cichu.
Jakby mi wstyd było
tęsknić.

Boję się zostawać sama.
Nie radzę sobie wtedy
z prostą codziennością.

Chcę zasnąć.
Zapomnieć.
Nie myśleć, nie czuć
odosobnienia,
nierozumienia żalu
co wypełnia każdą komórkę ciała.
Żałości
nie czuć.

Zasnąć.
Więc zwijam się jak szczenię
i skomlę po cichu.
Jakby mi wstyd było
istnieć.

Chciałabym ujrzeć Cię
w brzasku jutrzennym.
Jasnego, spokojnego, mojego.

Kładę się więc do łóżka
jak do trumny
i milczę.
Jakby mi wstyd było
że kocham.