Śmiechem małego dziecka
Życie zegna twą radość.
Mówiłeś zawsze z uśmiechem
Gdzie stolica, gdzie miasto
Ile piec razy cztery...
Każdy kiedyś odchodzi.
Smutkiem liter mogiła
Przeraża w samej myśli krótkiej.
Tak nagle...
Nie zdarzyłeś się pożegnać nawet!
Ból największy sprawia
Myśl ze to za wcześnie
I ze nic nie zrobię
Znów zawiodłam Boże.
Moja ignorancja
Mój egoizm, pycha
Teraz ściskają gardło.
Idzie się udusić, utopić.
I cóż mam zmienić?
Co poprawić?
Na czarną sukienkę zamienić kolory.
I zapomnieć?
Odjedź powoli, spokojnie.
Śpij, w ciszy się rozpłyń.
I przyjdź czasem, odwiedź...