Znów cierpię.
Zwijam się jak szczenię
i skomlę po cichu.
Jakby mi wstyd było
cierpieć.
Chciałabym być spokojna.
Nie jestem ideałem.
Mam zbyt wiele wad
żeby śmiać się, nie krzyczeć.
Mam zbyt wiele wad
żeby nie bać się samotności.
Jestem raną otwartą
na ciele świata.
Może ranna jestem sama,
okaleczona,
pozbawiona radości.
Bez Ciebie
zwijam się jak szczenię
i skomlę po cichu.
Jakby mi wstyd było
tęsknić.
Boję się zostawać sama.
Nie radzę sobie wtedy
z prostą codziennością.
Chcę zasnąć.
Zapomnieć.
Nie myśleć, nie czuć
odosobnienia,
nierozumienia żalu
co wypełnia każdą komórkę ciała.
Żałości
nie czuć.
Zasnąć.
Więc zwijam się jak szczenię
i skomlę po cichu.
Jakby mi wstyd było
istnieć.
Chciałabym ujrzeć Cię
w brzasku jutrzennym.
Jasnego, spokojnego, mojego.
Kładę się więc do łóżka
jak do trumny
i milczę.
Jakby mi wstyd było
że kocham.