Na jabłoniach
smętne pąki
wyglądają rozespane
szarość wiosny
zimnym wiatrem
ze snu budzi czarne drzewa
kwiaty z ziemi
z trudem wstają
jakby niedomalowane
w smutnym błocie
słońce ryje
niedokładny obraz nieba.
Ptak zmarznięty
cichym gwizdem
śpiewa powitalnie światu
motyl
wzbija się do góry
jakby opaść miał zmęczony
źdźbło najmniejsze
suchej trawy
szlocha cicho:
proszę, ratuj
a ty depczesz
pośród trupów
martwym szczęściem upojony.
Umierają
miodne pszczoły
pod tym betonowym butem
pod stalowym kocem ulic
tłoczą się
na wpół już żywi
nic nie winne
rude lisy
dziurawione własnym śrutem
samych siebie to ofiary
i samych siebie myśliwi.
Smog spowije mgłą
nieuświadomione głowy
we mgle
nagle zniknie
krzyk degrengolady
wiatr rozwieje
czarne, złoniosące chmury
odda cześć wartościom
sokratejskiej triady.