Hipokryzja
zmieszana z brutalnymi ramionami pustki.
tak daleko do świtu.
patrzę w swoje odbicie.
lustro się ze mnie śmieje
ośmiesza mnie
uderza w twarz
mocno
bezlitosna pustka
rani od środka
niszczy
najmniejsze komórki...
potem przestaje
na chwile
wtedy
okaleczam się sama
naiwną nadzieją.
***
Spójrz, moje serce bije.
dotknij.
moją skromną hipokryzją
zacieram ślady ,blizny
plamy.
wcieram je w ciebie
obdarowując cię spojrzeniem
zalotnym...
z pozoru.
drżysz.
ze strachu?
może po prostu z zimna...
zapewne.
nie ma strachu.
w tobie nie ma strachu.
niewiele.
jest w tobie tylko niewiele.
jedna myśl:
chwila.
***
Drżysz.
zamknij oczy.
powiem krótko
jednym słowem
odejdź.
możesz już je otworzyć
możesz już iść...
ale ty stoisz.
nie zabolało.
zaciśnij jeszcze raz powieki
i zrozum
odejdź.
bo wolałabym
żebyś poczuł ból.
***
nie chce cię już widzieć.
zniknij.
powoli zapominam.
kim jesteśmy
a może kim byliśmy
znikamy razem
w mgłach różnych.
w beznadziei.
miasto wiosennieje.
zielenią oczu zakochanych.
rozkwita ich pocałunkami.
a my usychamy jesienią.
***
Wiesz...
nigdy cię nie kochałam.
serce z kamienia.
z lodu.
nazywaj jak chcesz…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz