środa, 8 września 2010

Matka

Byłam kobietą pracującą. Gotowałam, prałam, dźwigałam zakupy, wychowywałam niewdzięczne dzieci. Gdy uderzyłeś mnie pierwszy raz, wybaczyłam ci, bo to przeze mnie - wyprowadziłam cię z równowagi.

Dzień następny od poprzedniego, mijał wolno przy starej kuchence. Wróciłeś z pracy do stołu z pełnym talerzem, potem poszedłeś spać. Nakarmiłam głodne dzieci, zmyłam naczynia, pozamiatałam. Jutro znów pójdę po chleb. Pamiętam tą wigilię. Śniegu było niewiele, choinka miała cienkie gałązki, ale wyglądała przyzwoicie, przystrojona różnobarwnymi, tanimi zabawkami.

Jesienią nazbierałam trochę jeżyn z tych kujących krzaków koło lasu. Miało być z nich wino na święta... Krzątałam się po kuchni i przygotowywałam do wyjścia. Siedziałeś przy mnie i przy balonie jeżynowej brei. Opróżniłeś ją do dna...

Mieliśmy iść do Twojej matki. Poszłam sama, z dziećmi. Przed tym zwyzywałeś mnie z byle powodu. Nie wytrzymuję poniżenia, chciałam się bronić... uderzyłeś mnie. W ręce trzymałam szklankę z kompotem który w akcie samoobrony wylałam ci na twarz. Chciałam uciec, i prawie mi się to udało ale złapałeś mnie i rzuciłeś o podłogę.
Krzyczałam. Rzuciłeś się na mnie... Byłeś zbyt pijany żeby myśleć.

Spektakl ten oglądała nasza młodsza córka. Płakała. Musiała się bać. Krzyczała żebyś mnie zostawił. W końcu jej posłuchałeś. Krzyk dziecka był na tyle przenikliwy że dotarł do świadomości, poobijał się od jej ścian i skłonił mięśnie do rozluźnienia i wypuszczenia mnie z silnych, oprawczych ramion. Uciekłam do twojej matki, a może to ona przyszła do mnie słysząc hałas... Dokładnie nie pamiętam, byłam roztrzęsiona.

Święta mijały cicho. Radosne Boże Narodzenie zamieniłeś w pogrzeb. Umarło coś więcej niż szacunek.Umarło coś więcej...
Wybaczyłyśmy ci. I ja i córka, ale ona pamięta. Jej umysł jest zbyt wrażliwy na takie wspomnienia. Trudno się ich pozbyć, trudno przełknąć je i strawić.
Strach stoi w gardle i od środka zżera szanse na normalne życie. Ona założy rodzinę, znajdzie ojca dla swoich dzieci i będzie się bać. Potrzeba bezpieczeństwa i ciepła z normalnej, urosła do chorobliwej.

Jestem kobietą pracującą, bez zmian. Gotuję, piorę dźwigam zakupy, wychowałam dzieci. Teraz same muszą radzić sobie z codziennością.
Bez zmiennie przychodzisz z pracy, jesz mój obiad, kładziesz się spać.

Ja jestem kobietą pracującą...

1 komentarz:

brrr pisze...

piąkne, takie życiowe...